sobota, 16 luty 2019 21:58

Kara za naruszenie dóbr osobistych sędziego Łączewskiego

Zamieścił
Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Wojciech Łączewski Wojciech Łączewski TVP Info

Osoby, które określamy popularnie zwolennikami dobrej zmiany są oburzone decyzją sądu skazującą dziennikarza Wojciecha Biedronia na grzywnę, natomiast grupa obrońców sądów klaszcze zapewne w ręce, bo według nich sprawiedliwości stało się zadość. A istota rzeczy, zwana czasem prawdą, leży po środku.

No może nie do końca po środku. W cywilizowanym świecie odstępuje się od karno-prawnej sankcji, jako nie licującej z prawem wolności wypowiedzi. Czy to oznacza, że w takim razie hulaj dusza, piekła nie ma? Otóż nie. Zamiast średniowiecznych metod cywilizowany świat używa w takich przypadkach sankcji cywilno-prawnej, co mniej więcej oznacza odszkodowanie lub zadośćuczynienie. Nasze prawodawstwo i sądy tkwią jeszcze jedną nogą w przeszłości. Na nieżyciowość art. 212. kk (zniesławienie) zwracają uwagę przede wszystkim dziennikarze. I to od lat. I od lat ten przepis - relikt socjalistycznej mentalności wciąż dobrze się miewa. Przedstawiciele prądów wolnościowych podkreślają, że lepiej by było, by ograniczyć sankcje właśnie do kwestii finansowych. Za to zamiast orzekać drakońskie grzywny lub kary wolnościowe, orzeczenia na polu zadośćuczynień powinny być wyższe i adekwatne do zarówno naruszenia, jak i do możliwości sprawcy. Funkcja prewencyjna odszkodowań winna być na wzór anglosaski zaadoptowana do naszego systemu. Do dziś większość sędziów nie ma problemów skazać jakiegoś dziennikarza karnie i zepsuć mu kartotekę na długie lata, za to jakoś kryguje się z orzekaniem solidnych odszkodowań od dużych tytułów prasowych. Kwoty 50 czy 100 tysięcy są dla wydawcy, np. Ringier Axel Springer, wręcz śmieszne.

Wydawnictwo potrafi w Polsce zarobić 200 tysięcy złotych za jedną reklamę na całą stronę, tylko w jednym wydaniu. Oznacza to, że wręcz opłaca mu się naruszać dobra osobiste, ponieważ zapłata 50-100 tysięcy złotych to jedynie koszt pozyskania sensacji, dzięki której napędzana jest sprzedaż zarówno egzemplarzy gazety (odsłon w internecie), jak i reklam. Ponieważ sądy potrafią zwykłego obywatela przetrzymać na rozprawach długie lata (np. 3-7 lat, no chyba że jest sędzią), naruszający dobra osobiste zdają sobie sprawę, że z uwagi na przewlekłość postępowania mało kto zdecyduje się na proces sądowy.

Wróćmy jednak do sprawy Wojciecha Biedronia. Z pewnością słusznie sąd zauważył, że doszło do naruszenia prawa, różnica między postępowaniem wyjaśniającym a dyscyplinarnym jest spora. To drugie oznacza cień podejrzeń, który kładzie się na osobie, która w takim postępowaniu jest badana. Dlatego doszło tu do naruszenia prawa. Jednakże według mnie nie takiego, które uzasadnia sankcję z art. 212. Co innego kwestia odszkodowania czy też zadośćuczynienia. Tu już można pochylić się nad tematem. Dziennikarz bowiem nie powinien wybiegać przed sąd i dokonywać publicznej egzekucji "podejrzanego", czy to będzie proces karny, czy tylko dyscyplinarny. Obywatel powinien mieć prawo do zachowania prywatności.

Jednakże w przypadku sędziego Wojciecha Łączewskiego istnieje sfera, która jednak uzasadniałaby nawet uznanie, że dziennikarz działał zgodnie z prawem. Chodzi bowiem o to, że dowody przeciwko sędziemu Łączewskiemu są twarde, a nadal unika on odpowiedzialności karnej. I tu po prostu okazuje się, że wymiar sprawiedliwości podejmuje decyzje nieadekwatne i nieproporcjonalne. Karze dziennikarza, natomiast sędziemu, którego postępowanie każe postawić pytanie, czy jest on zdolny do wykonywania zawodu tak wymagającego zaufania od obywateli, pozwala nie tylko spokojnie żyć, ale i nadal orzekać.

Jak więc widzimy, mimo że prawo jest to samo dla obu Wojciechów, i Biedronia i Łączewskiego, to w zależności od tego, czy jest się po właściwej stronie czy nie, można otrzymać diametralnie różną ochronę prawną.

Czytany 649 razy Ostatnia edycja sobota, 16 luty 2019 23:58

Skomentuj

Upewnij się, że wymagane pola oznaczone gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.